Więcej o
Moje miasto
Wczorajszy eksperyment się powiódł. Chodzenie w opasce z kocimi uszkami budzi dziwne, acz pozytywne zachowania w społeczeństwie. Przede wszystkim bardzo łatwo się zapomina, że ma się coś na głowie, na tyle że TŻ na skrzyżowaniu zastanawiał się, czy nie zajechał komuś drogi, bo jak ten ktoś nas mijał, to wszyscy z samochodu się gapili na nas. Jedna pani mało co nie spadła ze schodów koło parkingu, bo usilnie jej wyjeżdżałam z rzeczywistości. Generalnie obserwacje Pratchetta co do postrzegania przez ludzi zjawisk nietypowych są celne - widzą mnie dzieci ("mama! chcę takie!"), nie widzą dorośli (omijają wzrokiem, uważając, że albo im się przywidziało, albo że spotkali osobę psychicznie chorą, a wtedy uprzejmiej nie patrzeć), widzą młodsi faceci (hormony, wiadomo, "króliczek playboya", te sprawy) i ludzie starsi (bardzo pozytywnie, acz mylą kocie uszka z króliczymi, no hello!). Na parkingu hotelu Bazar, pieczołowicie strzeżonym, dopadł mnie strażnik i nie wiem, czy chciał mnie zastraszyć, poderwać czy wykorzystać, odpytując, co na tym parkingu robiłam, czy wiem, że tu nie wolno wchodzić i że jak chcę robić zdjęcia, to mi może pokazać fajniejsze widoczki. Nie chciałam.
Poza tym zamachałam wizuchną i zapłaciłam zaliczkę za citroena c5 w kolorze Gris Fulminator (kojarzy mi się ze Sperminatorem, ale generalnie chodzi o metaliczny grafitowy). Kiedy 4 lata temu kupowaliśmy używanego Escorta kombi, musieliśmy zapożyczyć się u znajomych (nieustannie dziękuję) i wziąć kredyt odnawialny w PekaOSa (nie dziękuję), żeby wyskrobać 20% wpłaty własnej i mieć pieniądze na ubezpieczenie samochodu. Chyba jest lepiej.
Dzisiaj kot czarno-biały jedzie do nowego domu na czas leczenia kota czarnego, a kot czarny dostaje pierwszą tabletkę z chemią. Jutro kroplówka (na żywym kocie). Mam nadzieję, że kot czarno-biały okaże się egoistycznym sukinkotkiem[1] i będzie mu dobrze w miłym nowym domu z miłymi ludźmi, a kot czarny okaże się łągodnym kociołkiem i da sobie zrobić kroplówkę... Pocieszające jest to, że chemioterapia potrwa jakieś 4-6 tygodni.
[1] Poznań, okolice Starego Rynku. Kamienica, piękny dachówkowy dach z półkolistymi sklepieniami okienek dachowych. Idzie sobie po dachu pręgaty dachowiec. Tu powącha, tam obejdzie okno dookoła, tu przejdzie, tam zajrzy. "Hm, jak kotek wszedł i jak zejdzie?". Kotek metodycznie podąża do zabezpieczonej folią dziury w dachu. "O, już wiem, kotek wszedł ze strychu tą dziurą, zaraz w nią wejdzie...". Tymczasem kotek okazał się istnym sukinkotkiem i pomaszerował dalej.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela października 7, 2007
Link permanentny -
Kategorie:
Koty, Moje miasto
- Komentarzy: 1
Nowa knajpa w Starym Browarze, bardzo obiecująca z wyglądu, okazała się również bardzo miła w środku. Jedzenie jak w standardowym dinersie - steki, naczosy, tortille, burgery, bardzo szeroki wybór dobrych drineczków, na koniec duże desery. Wprawdzie jedzenie fastfoodowe, ale na wszystko czeka się długo, bo jest świeżutko smażone i przygotowywane. Z głodu się nie umrze, bo dają fantastyczny chlebek z masełkiem czosnkowym. Stosunkowo niedrogo (ceny okolic Sfinksa), jak kto lubi panie w kozaczkach i z kapeluszami, to znajdzie coś do zawieszenia wzroku na.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa października 3, 2007
Link permanentny -
Kategoria:
Moje miasto -
Tag:
stary-browar
- Skomentuj
Lubię. I lubię Poznań jesienią. Leniwie obleźliśmy park Sołacki, zjedliśmy niedzielną tartę we Francuskim Łączniku i pojechaliśmy zobaczyć, jak przenoszą dawny most Św. Rocha nad mostem Św. Michała (czy jak tam temu, co przed Śródkę idzie). Zdecydowanie wolę, jak życie upływa sielsko i leniwie, jak nie wisi nade mną nieustający deadline (jasne, nie wisi, mam przykre poczucie, że jutrzejsza poranna akcja wymaga jeszcze sprawdzenia paru rzeczy), jak jest czas na to, żeby popatrzeć na liście i zastanowić się, czy wolę gruszkową, czy orzechową. Zazdroszczę P. półrocznego urlopu - to bardzo pomaga ustawić sobie w życiu priorytety.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela września 30, 2007
Link permanentny -
Kategoria:
Moje miasto
- Komentarzy: 2
... w Poznaniu niczego nie szpieguje ani nie przewozi, natomiast można zjeść tam doskonałe tarty z nadzieniem dowolnym (dzisiaj łososiowo-brokułowa i orzechowo-gruszkowo-rokpolowa), w przeładnym wnętrzu, z miłą obsługą i z bardzo dobrą herbatą w imbryczku. Wifi nie ma (przynajmniej na rogu Skrytej i Matejki). Co smutne - mimo okolic Targów Poznańskich, dworca, parku Wilsona z Palmiarnią i prześlicznych starych domów i kamienic - nie ma w zasadzie po co tu przychodzić w poszukiwaniu miłego miejsca spożywczego. Oprócz kilku smętnych restauracji na Głogowskiej i dwóch na Matejki wiatr hula w pokrzywach.
Trafiłam przypadkiem (więc bez aparatu, nad czym ubolewam, bo okolica Łazarza prześliczna jest), bo zasadniczo to pojechaliśmy do szlag-by-go Pekao SA, żeby zlikwidować konto. Niech mi ktoś prostymi słowy objaśni, jakim cudem w epoce banków internetowych w tym banku *nie da się* załatwić nic ani przez telefon, ani przez internet, ani nawet osobiście w placówce innej niż ta, w której było założone konto (jaki jest emotikon na walenie głową w mur?).
W pracy ćwiczę zen, konwersując z piątym pokoleniem korpoofiar, którzy zlecają mi pracę, nie bardzo rozumiejąc, o czym mówią, co robią i czemu. Jestem niemiła, nie reaguję na zaggadywanki typu "jesteś?!", "cześć, Zuza" czy "słuchaj, mam sprawę". Przy życiu trzyma mnie myśl, że jutro piątek. I że mam ciasteczka ze strupem. I że mogłabym bez straty dla pracy Fabryki sporządzić listę 100 osób, bez których można by się było obejść, usprawniając pracę pozostałych i oszczędzając na pensjach.
Przy okazji wyszło, że mam dylemat z urodzinami. Nie w kwestii przekręcania licznika, ale ogólnych obchodów. Trudno mi wejść i zaanonsować, że dzień dobry, dzisiaj mam urodziny, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie mam głowy do nabywania cukierków czy pieczenia ciasta. Zawsze znajdzie się ktoś klikaty, który znajdzie gdzieś informację, że to dziś i zaanonsuje za mnie. I wtedy jest tym bardziej głupio, jak ludzie się usprawiedliwiają, że nie wiedzieli. Przecież nie muszą. Miło, jak ktoś pamięta (i wysyła sms-y treści "Ty stara dupo"; w tym roku dostałam trzy, nowa świecka tradycja). Ciulowo, jak ktoś zlewa, mimo że wie, bo ma swoje urodziny w okolicy. Życie, jak mówi E.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpnia 30, 2007
Link permanentny -
Kategorie:
SOA#1, Moje miasto
- Komentarzy: 8
- Poziom: 3
Ma na imię "Sól i pieprz" [2020 - link nieaktualny]. Mieszka na ul. Garncarskiej, w bok od Św. Marcina. Jeśli ktoś czytał "Pocałunki na Manhattanie", to tak właśnie wyobrażam sobie knajpę, w której podawano Cielęcinę, Kanapkę czy Kluski. Klimatyczne wnętrze, koronkowe obrusy, dwie sale na pięterku, z tyłu w bramie ogródek, na dole cztery stoliki. Jedzenie mnie się bardzo. Obsługa - przemiła. A po jedzeniu pan właściciel przyszedł zapytać, czy smakowało i czy wszystko w porządku. Na ból głowy nie wpłynął, ale na całokształt i owszem. Miejsce nie dla tych, którym się spieszy. To uczciwy slow food, nie warto poganiać, warto poczekać.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwca 22, 2007
Link permanentny -
Kategoria:
Moje miasto
- Skomentuj